Leśnych spacerów ciąg dalszy

Witajcie!
Wiosna wciąż rozkwita, a czas pod tytułem Święta, który można przeznaczyć na spacery, wtedy jeszcze się nie skończył. Z tej okazji starałam się codziennie wychodzić w teren, chociażby do pobliskiego lasu, tym bardziej że pogoda dopisuje i szkoda byłoby jej nie wykorzystać.

Ostatnio na dworze słychać coraz więcej ptasich śpiewów. Kilka dni temu, wieczorem, pierwszy raz w tym roku usłyszałam drozda śpiewaka. Uwielbiam jego śpiew ze względu na niesamowitą różnorodność - nie można tutaj wyodrębnić jednego "stylu", jak na przykład u kosa lub słowika, bo na jego piosenkę składają się bardzo różne gwizdy, trele i świsty. Chyba jednak drozd nie został zaakceptowany przez kosy - nic dziwnego, w końcu zabiera im ciszę, kiedy chcą się popisywać. Rano, kiedy wstaję wcześnie i uchylam okno w pokoju, często słyszę ich sprzeczki.

Około południa, kiedy miałam chwilę przerwy od świątecznych przygotowań (które były niezbyt wyczerpujące, bo popsuł nam się piekarnik), a na dworze zrobiło się cieplej, zdecydowałam się pójść na spacer. Tradycyjnie wybrałam lasek w pobliżu, tym bardziej że zabrałam ze sobą mojego małego brata i nie wiem czy chciałby daleko chodzić.

Kilka minut po tym, jak wyszliśmy z domu, miałam okazję zaobserwować jeden z ciekawszych gatunków w tym miesiącu. Nad głową nagle przeleciała mi... kania ruda. Intuicyjnie wyciągnęłam aparat i udało mi się zrobić kilka zdjęć. Podczas takich codziennych obserwacji mogą zdarzyć się prawdziwe perełki :)




Otrząsnęłam się z szoku i poszliśmy dalej. Wzięliśmy ze sobą kredę i wchodząc do lasu Ignaś od razu pobiegł w stronę betonowego mostku, po którym można rysować.
Ja rozglądałam się dookoła bacznie obserwując drzewa. Nie liczyłam na ambitne obserwacje (chyba limit ciekawych ptaków został dzisiaj wyczerpany), ale dzięki dzięciołom dużym zyskałam parę dobrych ujęć. Znowu im dziękuję, chociaż tym razem bardziej fotogeniczna okazała się pani dzięciołowa.



W węższym ujęciu - chyba tutaj bardziej mi się podoba.
Dookoła wciąż ćwierkały bogatki, modraszki, kowalikidzwońce i zięby, co jakiś czas było słychać kosy. Czasem odzywał się nowy kolega, drozd śpiewak, który - kiedy już zdecydował się zaśpiewać - grał pierwsze skrzypce w tej orkiestrze.
Inne ptaki jednak nie chciały pozować tak chętnie jak dzięcioły, więc ich ujęcia nie są zbyt udane.


Kiedy Ignaś zarysował kredą już cały betonowy most, zdecydowaliśmy się wracać do domu. Pod koniec wypatrzyłam w krzakach jeszcze grupkę gili, czyli ptaków, które mój brat uwielbia. Dzieje się tak pewnie dlatego, że mają intensywnie czerwone brzuchy, a jego ulubiony kolor to czerwony własnie. Jednak okazało się, że ptaki te są dość skryte i nie mają ochoty się ładnie pokazywać. Udało mi się sfotografować jedną samiczkę, którą i tak trudno wypatrzeć wśród ponurych brązowych liści. Panowie z czerwonymi brzuchami nie byli na tyle odważni, żeby usiąść w widocznym miejscu, więc Ignaś musiał się nacieszyć mniej efektowną obserwacją samiczki.

Nawet teraz trudno ją wypatrzeć.
Tak właśnie skończył się nasz spacer po lesie. Zobaczymy, co przyniesie jutro...

Komentarze

  1. Oooo, zazdroszczę kani rudej! Gratuluję!
    Bardzo fajne zdjęcia, nie wiem czemu, ale pierwsze zdjęcie dzięcioła dużego bardzo mi się podoba. :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, miło mi to słyszeć (a właściwie czytać). :)

      Usuń
  2. Jak zawsze fajna relacja,zazdroszczę kani rudej:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna relacja, gratuluję kani rudej;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Ostatnio widziałam ją w mieście jadąc do szkoły, chyba mam do niej szczęście :)

      Usuń
  4. To wspaniałe mieć blisko las, chodzić tam na spacery, słuchać śpiewu ptaków i podglądać je. Kania super, a dzięcioł cudowny. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niewątpliwie jedna z wielu zalet mieszkania na wsi :) Dziękuję za miłe słowa.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rysunki!

Szkicownik!

Dolina Baryczy