Norwegia!... (część druga)

Dzień dobry!
Myślę, że bez zbędnych wstępów możemy kontynuować naszą pełną niespodziewanych zwrotów akcji opowieść o norweskich przygodach.
Zaczynajmy!


29 czerwca, Trondheim


Po białej nocy przespanej na dzikim parkingu wstałam dość wcześnie rano i poszłam na rozległą górzystą polanę szukać ptaków.
A tak widok przedstawiał się rano:

Ciekawe jak to jest mieszkać w takim domku?

Niestety oprócz pięknych pejzaży dookoła nie było słychać ptaków. Co chwilę tylko z krzaków wylatywały pojedyncze białorzytki.
Dość szybko opuściliśmy miejsce noclegu i udaliśmy się w stronę miejsca docelowego - Trondheim.

Dzienniki norweskie #3
Trondheim okazał się niezwykle malowniczym miasteczkiem. Tutaj, w odróżnieniu do Oslo, znalazłam naprawdę wiele uroczych skandynawskich domków w pastelowych barwach. Stojąc na jednym z mostów, po obu stronach wody widać było budowle umieszczone na drewnianych palach (podobnie jak w Wenecji). Wszystko zachwycało intensywnością i doborem barw oraz minimalizmem...

Taki norweski kolaż :)
Zwiedziliśmy urocze miasteczko i udaliśmy się w dalszą drogę, aby przenocować na jednym z bardziej malowniczych pól campingowych w okolicy. Znajdowaliśmy się nad brzegiem takiej zatoki:


Rybitwa rzeczna
Tutaj słońce też nie śpieszyło się z zachodzeniem, dlatego na takie widoki musiałam poczekać do pierwszej w nocy, kiedy to umyta, w piżamie, pobiegłam nad brzeg z aparatem...


30 czerwca, Droga Atlantydzka

Jedziemy naszym camperem dalej, z Trondheim kierując się na południe w stronę miasteczka Alesund. Znaleźliśmy się na tzw. Drodze Atlantydzkiej, najbardziej malowniczej drodze w Norwegii (przynajmniej tak się reklamuje).

Przeprawa Drogą Atlantydzką nie ma na celu jak najszybsze dotarcie do celu. Jadąc tędy trzeba nieustannie wychylać się przez okno, aby nie zgubić żadnego z tych cudownych widoków, które roztaczają się dookoła.

W tym momencie drugi raz w ciągu wyjazdu poczułam to, co działo się ze mną przy zachodzie słońca kilka dni wcześniej. Co prawda miałam ze sobą aparat i co chwilę fotografowałam krajobraz, jednak w tym wypadku chodziło o ptaki.
Tak właśnie. Błądząc wzrokiem pomiędzy kamieniami nad brzegiem, na niebie czy wśród kamienistych wysp, nie sposób było nie zauważyć żadnych ptaków. Co jakiś czas przed oczami śmignął mi ostrygojad, którego tak bardzo chciałam sfotografować wcześniej, ustawiony wręcz perfekcyjnie. Dookoła pływały edredony, na niebie szybowały się mewy siodłate. Siedziałam jak na szpilkach, jęczałam w duchu odczuwając ból egzystencjalny i nie mogąc się doczekać, aż gdzieś się zatrzymamy i polecę szukać jeszcze ciekawszych okazów.

W torturach (prawie dostałam palpitacji, naprawdę) wytrzymałam do postoju i od razu wyruszyłam w drogę. Metalowa kładka prowadziła dookoła niewielkiej, zarośniętej góry. Wśród krzaków wypatrzyłam mało płochliwe świergotki łąkowe, nad wodą stała czapla siwa i kilka edredonów, a dookoła latały różnej maści mewy.





Wśród tej grupki mew w pewnym momencie dostrzegłam ciemny kształt.
Zaraz, przecież... oho, tak!
(Chwila napięcia)
To był wydrzyk.
I to nie byle jaki, bo ostrosterny.




Uśmiechałam się jak głupia do aparatu, oglądając sfotografowanego przed chwilą ptaka. Czasem trzeba mieć po prostu szczęście.

Ruszyłam dalej błądząc po przybrzeżnych kamieniach.
Rozmyślałam o niesfotografowanych ostrygojadach, które z bolącym sercem obserwowałam jadąc camperem. Były ustawione perfekcyjnie, na idealnym tle. Typowe ujęcia, które można z powodzeniem umieszczać w encyklopediach.
Postanowiłam sobie, że nie wyjadę z Norwegii dopóki nie zrobię perfekcyjnego zdjęcia tego gatunku w typowym dla niego środowisku - na kamieniach, pośród glonów... To nie może być w końcu takie trudne, prawda?



Po drugiej stronie ulicy usłyszałam nawoływanie brodźców piskliwych, które w akcie łaski pozwoliły zrobić sobie kilka zdjęć.


A tu ostatnie malownicze ujęcie z Drogi Atlantydzkiej:


Po tej malowniczej przeprawie zatrzymaliśmy się na niewielkim polu campingowym. Dookoła roztaczał się piękny widok, iście norweski. Po przyjeździe na miejsce od razu wyruszyłam na spacer z aparatem.


Okazało się, że miejsce to wyjątkowo upodobały sobie ostrygojady. Tak, właśnie te ostrygojady, które tak skutecznie mnie unikały do tej pory.


Znalazłam ich parkę. Lubiły przebywać na ulicy i wśród polnych kwiatów, ale kiedy zaczęłam się do nich zbliżać, bardzo się zdenerwowały i podniosły okropny wrzask.
Krążyły nad moją głową i wyraźnie nie podobała im się moja obecność, więc szybko się stamtąd oddaliłam.
Postanowiłam, że poczekam, aż zjawią się gdzieś w pobliżu mnie.


I tak upłynął kolejny dzień, zakończony oglądaniem meczu Polska-Portugalia z Niemcami.

1 lipca, Alesund

Rano jak zwykle udałam się na samotny spacer, aby wyłapać jakieś ciekawe gatunki ptaków.
Na wodzie pływała sobie parka szlacharów.



Wyszłam nieco bardziej na ulicę, aby zbliżyć się do pola, skąd usłyszałam ptasie popiskiwanie. Nie zawiodłam się - w oddali (niestety) zobaczyłam sylwetkę kulika wielkiego.


Chciałam podejść bliżej, ale znowu zjawiły się moje ulubione ostrygojady i podniosły alarm na całą okolicę. Pewnie obudziły wszystkich ludzi śpiących o tej porze w namiotach.



Wracając ujrzałam je na dachu jednego z domków, gdzie głośno obwieszczały swoją obecność.
Bardzo hałaśliwe to ptaki.



Nie są to chyba te atlasowe ujęcia, o których marzyłam. Chciałabym, aby było widać w bardziej naturalnym środowisku...
Ale mam jeszcze czas zrealizować moje postanowienia.

Tymczasem udaję się na brzeg, tak gdzie wcześniej pływały szlachary. W towarzystwie mew siwych wpatruję się w odległe góry, drewniany pomost, ciemnoniebieskie fale...
Wśród tych własnie fal wypatrzyłam małą czarną kropkę.
Małą, czarno-białą kropkę.
Natychmiast wstałam i poszłam wzdłuż brzegu, starając się trafić stopami na duże kamienie.
Mewom siwym chyba nie za bardzo to się spodobało, bo wzięły przykład z ostrygojadów i zaczęły krążyć nad moją głową.

Przyczyna zamieszania 
To właśnie młode, które siedziały do tej pory ukryte za kamieniami. Zawróciłam w stronę pomostu, żeby ich nie niepokoić (albo żeby nie dostać w głowę - ciekawe czy by się odważyły? Mimo wszystko nie chciałam tego sprawdzać).

Cóż, pan nurnik będzie musiał poczekać. Albo raczej - ja na niego.
Na szczęście los okazał się łaskawy i po kilkunastu minutach było widać więcej niż tylko czarno-biały punkt w wodzie.
Co za gatunek! Jestem w pełni usatysfakcjonowana :)


Kiedy wyjeżdżaliśmy z tamtego miejsca, wyjrzałam przez okno na kulikowo-ostrygojadowe pole i moim oczom ukazał się widok, który bardzo bym chciała uwiecznić na fotografii...
Całkiem blisko drogi, pośród malowniczej zielonej trawy, na tle stogów siana stał kulik wielki. Oczami wyobraźni widziałam już te perfekcyjne, niemalże atlasowe kadry, ale kolejny raz pozostało to tylko i wyłącznie w mojej głowie.

Udaliśmy się w dalszą podróż na południe, zwiedzając kolejne malownicze zakamarki Norwegii. Jechaliśmy tzw. Drogą Trolli, gdzie w pewnym momencie z punktu widokowego można było ujrzeć taki oto obrazek:


Niesamowity, prawda?

Niedługo potem dotarliśmy do wspominanego wcześniej miasteczka Alesund. Było co prawda mniej malownicze niż Trondheim, ale dało się poczuć ten norweski, minimalistyczny, pastelowy klimat :)
Na szczycie góry niedaleko miasta znajdował się punkt widokowy. Ujrzeliśmy mikroskopijne domki umieszczone na łańcuchu wysp, a dookoła bezkresne szare morze, z którego co jakiś czas wystawały zielone, bardzo malownicze góry. Widok cudowny...

To be continued...

Komentarze

  1. Gratuluję wydrzyka i nurzyka! Ale gatunki! :)) Naprawdę niesamowita wyprawa, czekam na więcej.
    Super ten nowy nagłówek z pingwinami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście było na co popatrzeć :)) Jeszcze będzie ciekawie.
      Dzięki! Cieszę się że nowy image się podoba.
      :)

      Usuń
  2. Świetne obserwacje, najbardziej zazdroszczę wydrzyka ostrosternego oraz kapitalnych zdjęć ostrygojada, gratuluję:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rysunki!

Szkicownik!

Dolina Baryczy