zanim wiosna

zanim wiosna (w pełni)

Planowałam zamieścić post nieco wcześniej, jeszcze podczas zimowo-wczesnowiosnnej aury. Goni mnie marzec (a teraz właściwie już kwiecień), więc zanim przejdę do rozkwitających tematów, ostatecznie pożegnam się ze styczniowymi wspomnieniami.

Zapraszam na małe podsumowanie mojej jesieni i zimy, w których przytrafiło się wiele drobnych, miłych zdarzeń! (a także jedno ptasiarskie większe, ale na pingwiny nad Bałtykiem przeznaczę osoby post).

Czy to dobry moment na post pełen śniegu? Nie wiem.

Co obejrzymy dziś? 
- śnieg, 
- gile, całkiem sporo gili, różne dzięcioły, urocze perkozki,
- b ą k a , ptaka, który w moim rankingu top5 ulubionych ptaków utrzymuje wysoką pozycję (razem z bączkiem), 
- morsowanie jedną stopą,
- rudzika, który prawie machał ogonem na mój widok,
- moje zmagania z nowym aparatem, i nową jakość zdjęć (wow!!!) na moim poczciwym blogu.

Część pierwsza

Pierwszy wypad do laso-parku z nowym aparatem! Myślę że "wypad" to dobre słowo, wypad z domu i bieg do parku. Bieg, by wreszcie wypróbować nowy autofocus na prawdziwym, ptasim, ruchomym obiekcie!

Ten starszy był już naprawdę wiekowy, a teraz odpoczywa sobie ciemnej torbie. Właściwie odpoczywał już od jakiegoś czasu, bo kilka poprzednich postów zilustrowałam zdjęciami wykonanymi aparatem Antona (musi mi ufać, skoro pożycza aparat na taki czas, haha, nieźle).

Sójka nawinęła się przed obiektyw jako pierwsza; została obfotografowana, udokumentowana w nowej jakości i podziwiana jak nigdy. Co za wspaniały ptak, co za niebieskość na lusterku, niesamowite. Właśnie tak prezentuje się w zimowych szarościach:



Tutaj kos z mojego laso-parku, tak szary jak to tylko możliwe. Ale spokojnie, jeszcze w tym wpisie wyjdzie słońce.


Okazało się, że na wspaniałych ruchomych modeli mogę liczyć tuż za oknem. Tego popołudnia, o porze zachodu słońca, na moim poddaszu przeżyłam małe mysikrólikowe oblężenie. Mysiki obsiadały świerk (świerk?) bardzo blisko okna, a ja mogłam przećwiczyć refleks na ich nadpobudliwości.


Ujmujący smutek, spojrzenie pełne melancholii.
:<


Mysikróliki to najmniejsze ptaki Europy, ale jak śpiewa Sylwia Grzeszczak
cie 
szmy się 
z małych rze
czy bo



wzór na szczę
ście w nich

(teraz ta piosenka nie wyjdzie mi już z głowy)


zapisa ny 
je 
est


Tutaj takie jedno ciemniejsze, chylące się w stronę zakończenia.....
Zakończenia segmentu mysikowego.

Zakończenie segmentu mysikowego

Początek segmentu sosnówkowego

Sosównka.


Tutaj taka mała wartość edukacyjna, czyli charakterystyczny biały pas z tyłu głowy sosnówki. 


To moment, kiedy w Parku Przypałacowym wychodzi słońce. Łapię czerwone brzuszki gilów, które tutaj  na moment pomarańczowieją, zmieniając kolor razem ze wszystkim wokół.



Migrujące żurawie zatrzymują jeszcze trochę promieni.



Dzięcioły, które widziałam przez ostatni czas - przegląd

1. Dzięciołek. Zawędrował na moment do ogrodu, cichutki i nieśmiały. Jego niewielki rozmiar wciąż rozczula.


Oraz spotkany jeszcze tego samego dnia, dzięcioł średni. Zdjęcie też średnie. 
(Wiem, że mówiłam już ten żart, ale dla mnie on się nie starzeje. Na razie.)


Dzięcioł czarny. Pan z czerwoną czapeczką, a właściwie czapką - godna udokumentowania chwila odwiedzin w Parku Przypałacowym.


Odwiedziny dzięcioła zielonego, tym razem nie w parku, a w ogrodzie, dokładnie za oknem. Obserwacja podczas zajęć online z Reklamy i Informacji Wizualnej (fajne te e-lekcje). Zdjęcia cóż, takie se, ale wydarzenie dobrze tu wspomnieć! Miło, że ta pani pojawiła się tak blisko.



Jeszcze chwila słońca, zanim przejdziemy do śnieżnych klimatów

W ostatni dzień bardzo-dziwnego-innegoniżwszystkie-roku 2020, pospacerowaliśmy sobie z Antonem po Wielkopolskim Parku Narodowym. Warunki do zdjęć i do samego sobie chodzenia, patrzenia, podziwiania, zadziwiania się - idealne.



Przy ścieżce spotkaliśmy przemiłą kulkę-rudzika. Wyglądał, jakby ucieszył się na nasz widok!, najpierw pokazał się na którejś z odległych gałęzi, a potem przyfrunął wprost na gałąź najbliżej nas. 
Tak jakby wiecie, kucacie do pieska i nagle on do Was przybiega z merdającym ogonem.

Nie wiem czy kiedyś widziałam dzikiego ptaka tak blisko (no, możeee jakiegoś zapracowanego mysikrólika, albo łabędzia na obrączkowaniu łabędzi).





Śliczna to była rudzikokulka, w pełnym złotym słońcu. Mam nadzieję że wszystko z nim dobrze i będziemy się jeszcze sobie kłaniać.


...


ZIMA



Sypie.



Po cienkiej warswie śniegu na nadolickiej drodze skaczą czasem się czeczotki.



Dobrze je widzieć - pierwszy raz spotkałam tu gości z północy. Łatwo je przeoczyć, w brązach i szarościach wtapiają się w tło, są ciche i niepozorne. Dopiero po przyjrzeniu się można dostrzec czerwone akcenty. Od tamtej pory (aż do wiosny) spotykamy się coraz częściej.




Chłód przywiewa też żurawie na pobliskie pole kukurydzy.



Krótka sekwencja udokumentowanej ekscytacji:


Czy to taniec? Może tylko chwila zimowego rozemocjonowania.




Pada wciąż, nieprzerwanie, jednak kosy znoszą to bez mrugnięcia okiem.



Może czekają na wiosnę, kiedy będą mogły zaśpiewać na najwyższej gałęzi. Czekam z nimi.


Gile też wyglądają, jakby radziły sobie dobrze. Objadają się nasionami i dzwonią do siebie (albo na siebie). Te dzwonki słyszę prawie za każdym razem, kiedy jestem w parkolesie - zawsze są, niezawodne, czerwone stadka, i pobrzękują sobie w tle.





(tutaj, jak się przypatrzycie, możecie zobaczyć język pani gil)



Dzięcioł średni okazuje się stałym bywalcem parku. Tutaj muszę przyznać, ujęcie trochę lepsze niż średnie.


Za to sarny, w tej szaleńczej gonitwie, wydają się wręcz beztrosko cieszyć ze coraz grubszej warstwy śniegu. Może ja sobie to tak interpretuję, ale ten bieg wyglądał naprawdę sielankowo. W podskokach, w czasie, kiedy spadł pierwszy śnieg od bardzo dawna. Kto by się nie cieszył?



Kwiczoł, zamiast tańczyć w śniegu, zmienił się w kulkę.



Ptaki na sankach


Czas na dłuższą historię domykającą zimowe skrawki opowieści. 10 lutego zdarzyła się całkiem udana, oraz niespodziewanie zakończona wyprawa.

Imponująca warstwa śniegu pokryła nadolickie drogi, parkolasy oraz pola kukurydzy. W poszukiwaniu czeczotek i przygód, wybraliśmy się z moim ptasiarskim kolegą na sanki (zahaczając o znaną wiejską sankową górkę) (mój młodszy brat był obrażony, szczególnie że w tym czasie siedział na e-lekcjach).

Brnęliśmy drogą przez park, przez pola, aż do lasu, ciągnąc się nawzajem na sankach, z aparatem w plecaku. Dotarliśmy do pola kukurydzy na końcu zadrzewienia, i zwykle w tym momencie zawracam albo skręcam w drugą stronę, jednak tym razem postanowiliśmy pójść przed siebie, na przełaj.
Po drugiej stronie tego kukurydzianego pola znajdują się chrząstawskie jeziorka, które są chyba najlepszym ptasim miejscem w okolicy - tu opisałam, co widziałam tam wiosną. Wołały nas stamtąd bażanty i czaple, więc postanowiliśmy sprawdzić, czy od tej strony da się do jeziorek podejść.

Kroczyliśmy po skrzypiącym śniegu, taszcząc za sobą nieodłączne sanki, płosząc po drodze kosy oraz wiele bażantów. Kiedy przeszliśmy pole wszerz, na przeszkodzie stanął dość głęboki rów. Niestety od tej strony przejścia do jeziorek nie było.
Poobserwowaliśmy chwilę trzciny przy drugim brzegu, chrupiąc wafelki z plecaka, kiedy coś po drugiej stronie zaczęło się poruszać. Pomyślałam, że to może ukryty człowiek? Zimno jak na wędkarza, chociaż oni czasem są szaleni.
Okazało się, że z trzcin wyleciał:


Pierwszy raz widziałam tego wspaniałego ptaka - i mam nadzieję, że nie ostatni! Patrzyliśmy tylko, jak oddala się od nas powoli, z każdą sekundą coraz dalej i dalej - a przed chwilą siedział wśród trzcin zupełnie niezauważony.
Był to bąk - dla mnie gatunek zarówno majestatyczny, jak i karykaturalnie przerysowany. Nie mogę się nadziwić jego proporcjom, czujnym i trochę przerażonym oczom, imponującej szyi, która albo przypomina długą trzcinę, albo zupełnie znika. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła przyglądać im się na żywo. Na razie pozostały mi tylko jego rysunkowo-malarskie interpretacje.


Chłonąc powoli emocje, kontynuujemy podróż prez pole - tym razem idziemy wzdłuż, po prawej stronie mając rów. Poziom wody jest naprawdę wysoki, więc rów przypomina rzekę, i w pewnym momencie się z nią zlewa. Na wystających lodowych wyspach przysiadają kormorany.


Po drugiej stronie pojawia się ciekawy gość - na zimę w Nadolicach zatrzymał się błotniak zbożowy. Jest to:

Rozmieszczenie
Skrajnie nieliczny ptak lęgowy, pojawiający się regularnie w całym kraju w okresie przelotów. (ptaki.info)

Podejrzewam że nie jest tak skrajnie nieliczny podczas przelotów (na grupkach na fb jego zdjęcia pojawiały się w tym okresie często), jednak bardzo cieszę się z odwiedzin - biel przelatująca na tle ciemnego lasu ma w sobie coś pobudzającego wyobraźnię. Przywołuje w myślach odrobinę sowę śnieżną. 
Odrobinę.
(zdjęcia dokumentacyjne)



Pozachwycaliśmy się trochę śnieżnobiałym błotniakiem, i ruszyliśmy dalej, brnąc w śniegu. Co jakiś czas okazywało się, że biała warstwa skrywała pod spodem zamarznięte kałuże. Skakaliśmy i kroczyliśmy na oślep, mając nadzieję, że trafimy stopą na grunt, a nie lodowatą wodę.

Idąc z sankami wzdłuż rowu, który połączył się z rzeką, w lodowej scenerii zaobserwowaliśmy kilka gatunków. Była gromadka wąsatek, rudziki, dygające świergotki, a po drugiej stronie, na polu - zimowe stada łuszczaków, wróblowych i trznadlowatych - m.in. potrzosy, trznadle, zięby, mazurki, potrzeszcze. W lodowatej wodzie, której tak bardzo unikaliśmy, morsowało kilka perkozków. Było ich chyba z 7, w różnych szatach i kolorach - niektóre szaro-beżowe, subtelnie ubarwione, inne ciemnobruntatne z żółtym akcentem przy dziobie. Mikroskopijne, napuszone, okrągłe, próbują nadążyć za nurtem rzeki, raz po rad chowając się pod taflę z pluskiem.



Dwuzdjęciowa historia jednego z perkozków.



I nie ma.

Po drodze płoszymy sporo bażantów, przy każdym szmerze w krzakach jesteśmy przygotowani na to, że za chwilę wybuchnie wrzask i donośny trzepot skrzydeł (mimo tego przygotowania, czasem wciąż na moment zamiera mi serce). Kroczymy po polu dalej, skacząc przez ukryte zamarznięte kałuże, wyczuwając pękające podłoże i nasłuchując, w którym miejscu pęka lód.
Ale, jak się może domyślacie
śnieg ukrył pod sobą jeziorko
lód nie wytrzymał
i Anton wpadł po kolano w lodowatą wodę

Buty przemoczone, wszystko przemoczone i przeszywające zimnem, do domu kawał drogi w śniegu, i to przez pole minowe. Ściągnęłam moje dodatkowe skarpety oraz rękawiczki, i to wszystko znalazło się na przemarzniętej nodze. Czy to był dobry pomysł? Nie wiem, ale chyba się sprawdził i uratował przed odmrożeniem pierwszego stopnia. Nie ma czasu się zastanawiać, teraz został nam bieg do domu.

Sanek nie dało się przeprowadzić normalnie przez pole, zahaczały co chwilę o wystające łodygi kukurydzy, ręce bez rękawiczek marzły, a stopa bez buta domyślam się że jeszcze bardziej. Obładowana lodowatymi śniegowcami w przemarzniętych rękach, sankami i plecakiem, biegnę za Antonem, który skacze z nogą w rękawiczkach. Nie oglądając się już na hipotetyczne perkozki i bąki, truchtamy nieporadnie w stronę ciepłego kaloryfera i herbaty.

Tak zakończyło się ptakowanie 10 lutego - kuśtykając po zaśnieżonej drodze, w stopie w rękawiczkach, łapiąc lekko zdziwione spojrzenia spacerowiczów. 
Ciepłe kakao w domu nigdy nie smakowało tak dobrze.

...

Tymczasem ja pozdrawiam serdecznie i przesyłam ciepło zimowej herbaty, chłonąc wiosnę (o której też już niedługo pojawi się post!)
Do następnego razu i dziękuję za doczytanie do końca
Emaliaaa

Komentarze

  1. Zdjęcia są śliczne, szczególnie te w ciepłym świetle :). Bardzo fajnie wykorzystany sezon zimowy. Śródpolne jeziorka to chyba ogólnie jest ciekawe miejsce na ptaki, u mnie w okolicy wygląda to podobnie, chociaż skład tych "ciekawych" gatunków mam zupełnie inny. Bąka zazdroszczę, kulek wąsatek też, a biały błotniak... Z drapieżnych nie ma chyba nic nad białego błotniaka. Oczywiście też cieszę się, że ostatecznie nikt z Was się nie odmroził i w związku z tym nadal mogę śledzić Wasze fotografie w mediach, cóż bym bez tego zrobiła :).

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty

Norwegia!... (część trzecia)

małe niebieskie słowiki

ptaki w lipcu w Białowieży

Rysunki!

dużo różnych rybitw na raz

subtelnie